W niedoczasie…

Cześć wszystkim, po kolejnej teoretycznie długiej przerwie, która dla mnie minęła ogromnie szybko. Właściwie w tej codziennej rutynie dzień za dniem wręcz gnają, a człowiek pozostaje w złudzeniu że np. jest w Niemczech dopiero trochę ponad trzy tygodnie gdy tymczasem zaczyna się siódmy :P Dlatego właśnie jako, że kurs Trenerski C przeszedł dawno do historii najpierw chciałabym nadrobić trochę ze sprawami aktualnymi :)

Przede wszystkim pod moim ostatnim zdjęciem na fb z pierwszym treningiem na Czarku, pojawiło się dużo komentarzy z zapytaniem dlaczego musiałam mu zrobić tak długą przerwę… Otóż jak wiecie z poprzednich wpisów tutejszy kowal, który przyjechał do Czarka około tydzień po moim przyjeździe, na widok jego kopyt po prostu załamał ręce… Przednie były tak słabe, że powiedział że jeśli będę dalej trenować i zdarzy się zgubienie którejś z podków to może się to skończyć półroczną odsiadką z powodu braku połowy kopyta. O razu uprzedzę, że sytuacja ta nie wynika z zaniedbań w żywieniu. Koń jest karmiony zgodnie z ustaleniami żywieniowaca z Optifeed, dostaje suplementy selenu, biotyny etc. Słabość kopyt może wynikać z kwestii genetycznych samej budowy rogu, albo np słabego wchłaniania składników żywieniowych potrzebnych do tworzenia rogu kopytowego. Czarek stoi też w doskonałych warunkach, jest sucho i czysto, chodził po padokach również suchych i trawiastych przez ostatnie miesiące, więc nie ma opcji np odpadania rogu przez złe warunki.

 

 

W takiej sytuacji oczywiście postawiliśmy na zdrowie konia pomimo, że w planach mieliśmy zakończyć sezon startem w 2* w Strzegomiu. Główne imprezy sezonu (MP i ME) i tak mieliśmy już za sobą, a Puchar Polski musiałabym jechać w kategorii seniorów nie mając szans na żadne przyzwoite miejsce (bo seniorzy finał PP jadą w 2*) więc do niczego się nie spieszyliśmy. Szczerze mówiąc patrząc na tą sytuację teraz z perspektywy czasu muszę przyznać, że nawet dobrze wyszło ponieważ jako, że wypadły mi codzienne treningi, czyli wyjazdy do Warendorfu i zawody w wolne weekendy miałam znacznie więcej czasu żeby się tutaj zaaklimatyzować i przy okazji pracy mieć również czas na szkołę i odrobinę nauki niemieckiego. I tak minęły szybciutko dwa tygodnie po których nie do końca legalnie zaczęłam już Czarka odrobinę lonżować, co uważałam za znacznie bezpieczniejsza wersję niż gdy zaczynał mi wariować na spacerach w ręku. I tak w końcu doszliśmy do tych trzech i pół tygodnia kiedy to w końcu kowal powiedział, że można zaczynać powoli trenować.

Akurat tak pięknie się składało, że gdyby wszystko poszło po mojej myśli mogłabym uczestniczyć z Czarkiem w kursie trenerskim i w związku z tym miałabym zapewnione codzienne treningi, ale oczywiście nie tak szybko… W dzień rozpoczęcia się kursu wchodzę do boksu a tu wszystkie cztery nogi opuchnięte i gorączka… Oczywiście natychmiast wezwałam weterynarza, który stwierdził infekcję i rozpoczął kurację antybiotykową i powiedział mi o złotej zasadzie:

 

“jeden dzień gorączki = jeden tydzień rekonwalescencji, dwa dni gorączki= dwa tygodnie” 

Tak więc jak widzicie mogło być gorzej ponieważ na drugi dzień Czaruś już miał się znacznie lepiej, co oznaczało, że pozostało jeszcze tylko sześć dni stania w boksie i spacerów w ręku… No i znowu to samo od początku czyli powolne wprowadzanie konia w ruch, codzienne lonżowania, potem dwa razy dziennie i nawet jak widzieliście udało się dojść do pierwszego treningu w siodle i…

 

 

Gdy już przednie kopyta wyglądają ok – oczywiście tylne musiały zacząć szwankować, co oznacza że ten jeden trening był jak na razie ostatnim, ponieważ w międzyczasie Czaruś zdążył dwa razy zgubić raz lewą tylną raz prawą podkowę… Ręce opadają, ale co można zrobić… Pozostaje mi tylko czekać na opinię kowala i oglądać online transmisje z mijających zawodów np. w Strzegomiu :P Jak to kiedyś powiedział jeden z naszych weterynarzy:

“ostatnie zdarzenia są typowymi objawami już od dawna znanego tzw.”zespołu niesprzyjających okoliczności” :P …chociaż nie są tak niesprzyjające jak gdyby ta sytuacja zdarzyła nam się na początku sezonu… W związku z tą sytuacją zaczęliśmy szukać rozwiązań, które mogą na te kopyta pomóc. Po pierwsze zaczynam podawać Czakowi żelatynę spożywczą w małej ilości ale codziennie. Po drugie wyczytaliśmy z opinii osób które miały podobne problemy, że skutecznym środkiem jest preparat drożdżowy Yarrowia Equinox Hooves. W związku z czym sami zwróciliśmy się do tej firmy z prośbą o pomoc w opanowaniu sytuacji i bardzo serdecznie dziękuję za możliwość przeprowadzenia 100 dniowej kuracji! O wynikach będę Was informować.

Jeśli o mnie chodzi nie martwcie się jednak, pomimo że nie miałam swojego konia do treningów, zdecydowanie nie nudziłam się w wolnym czasie. Właściwie szczerze mówiąc właśnie od około 3 tygodni nie mam go za wiele. Zaczęło się od trzytygodniowego kursu na trenera C po angielsku, kiedy to oprócz moich zwykłych obowiązków i szkoły doszły jeszcze zajęcia praktyczne czyli dwa razy dziennie po półtorej godziny oraz zajęcia teoretyczne.

 

Jak to mówią – doby się nie wydłuży więc z częścią po prostu się nie wyrabiałam. W związku z czym np. zamiast czyścić rządek boksów, za który jestem odpowiedzialna siedziałam w klasie i słuchałam wykładu, ale było to jedynie odroczeniem wyroku… Tym felernym dniem kiedy to musiałam wyczyścić w końcu wszystkie, nawet jeśli część z nich nie była wybierana od ponad tygodnia okazał się być dzień przed Dniem Otwartym w naszej szkole, na który wszystko musiało być wylizane… Nie marudząc za wiele 4 godziny roboty twarzą w twarz z gównem, nie polecam… Ale dzień otwarty za to był udany :)

 

 

Dodatkowo jako, że w międzyczasie miałam też obowiązki szkolne do ogarnięcia z czego zdecydowanie najwięcej czasu zajmuje tłumaczenie podręczników, wydaje mi się, że odrobinę się przeforsowałam bo spałam po 4/5 godz i wstawałam o 4.30. W pewnym momencie po prostu nie byłam w stanie się dobudzić :P Zdarzało się nawet, że moja współlokatorka już nie wytrzymywała tego piątego budzika pod rząd i sama przystępowała do budzenia mnie :P I nawet jej się to udawało bo zaczynałyśmy coś tam gadać, ale niestety w większości przypadków zupełnie tego nie pamiętam, a dodatkowo natychmiast po skończeniu rozmowy wracałam do spania :P Do tego wszystkiego poprzedni tydzień dał nam wszystkim nieźle w kość, ponieważ nieszczęśliwie się złożyło że dwoje z sześciu pracowników zachorowało w tym samym czasie… Co dla reszty oznacza przejęcie wszystkich ich obowiązków na siebie, czyli np. prowadzenie treningów, tzw. długie dni które normalnie mam raz w tygodniu (praca do 21.00) a teraz każdy musiał je mieć dwa razy w tygodniu itd. Dla mnie osobiście zdecydowanie najgorszy był weekend kiedy to zostałam sama z Lenartem (kolega praktykant) i 70 końmi do ogarnięcia… (na marginesie jeśli ktoś chce zobaczyć z kim pracuję może to zrobić tu: TEAM WRFS). Mniej więcej oznacza to, że poranne karmienie razem z ścieleniem sianem w każdym boksie zajęło nam ponad trzy godziny…

Nie ma bata w końcu musiało się skumulować i niestety zaczęłam zauważać, że jestem jakoś strasznie rozkojarzona i zupełnie niezdolna do jakiegokolwiek skupienia. Przez co po prostu zaczęłam lekko nawalać w pracy, zapominając o danych mi obowiązkach nie wyrabiać się z czasem i takie tam. A muszę Wam powiedzieć, że Niemcy tego bardzo nie lubią. Na szczęście to już za mną, teraz już staram się zawsze mieć wystarczającą ilość czasu na wypoczynek, ale coś za coś, musiałam coś w związku z tym poświęcić… i oczywiście wybrałam szkołę :P

No i po tych wszystkich perypetiach muszę przyznać, że zaczynam tęsknić za Polską, za naszą ekipą, zgrupowaniami na których zawsze atmosfera była taka świetna. Z zazdrością też obserwowałam relację z Baborówka, gdzie baaaardzo mocno chciałam się znaleźć, gdzie organizacja i atmosfera są zawsze wyjątkowe, a imprezy w “magicznej” stodole po prostu niezapomniane… Pracując na co dzień z końmi szkółkowymi tęsknię też za ambitniejszymi zadaniami, prędkością na krosie i brakiem czyszczenia boksów w obowiązkach… ;)

Być może właśnie po to tu między innymi jestem, żeby docenić ten czas gdy można było koncentrować się tylko na sporcie i szkole no ale kiedyś trzeba się nauczyć tego prawdziwego życia człowieka pracującego na co dzień z końmi…

 

Na zdjęciu od lewej Antonia z którą dzielę pokój, Rebecca i Lennert :)

 

Komentarze

11

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.