Drugi tydzień ferii niestety minął bardzo szybko, pomimo że pod względem treningów był dość spokojny. Tym razem cały czas spędziłam w sopocie, miałam dwa treningi ujeżdżeniowe w tym jeden z p. Gosią oraz samodzielne dwa skokowe, jako, że ostatnio z trenerami skokowymi jakoś ciężko idzie. A na koniec urządziłam kucykom małą niespodzinkę w postaci wyjazdu nad morze ;)
Odnośnie ujeżdżenia to oczywiście szlifujemy na Czarku elementy wymagane na poziomie C, aby jak najlepiej wypaść na HPP na początku kwietnia. Ogólnie po ostatnim treningu z panią Gosią była ona bardzo zadowolona z postępów jakie zrobiliśmy w SKJ Golden Dream, ale nie zmieniło to faktu, że zawsze może być lepiej. W związku z tym głównie skupiłyśmy się na ciągach w galopie, w których niestety Czarek trochę za mało zabierał zad. Okazało się, że nawet sama korekta nie jest do końca taka łatwa, ponieważ kiedy tylko chciałam bardziej zadziałać zewnętrzną łydką, egzekwując w ten sposób mocniejszy trawers, to w tym samym czasie powinnam zadziałać wewnętrznymi pomocami, aby nie dopuścić do zmiany linii prostej po której robiliśmy ten ciąg. Jako, że dla konia to nie było do końca komfortowe, bo zamiast większego wygięcia ciała (przez zew. łydkę) mógłby po prostu cały przesunąć się mocniej w bok, tym samym skracając ciąg (po krótszej i bardziej ukośnej linii), a nie zabierając zad. Dla niewprawnego oka efekt mógłby się wydawać podobny do zamierzonego, ale na szczęście była za mną p. Gosia :)
Co do programu dowolnego, który mam jechać na HPP, w końcu udało mi się go ułożyć, ale niestety obawiam się że mogłam pójść trochę za ambitnie… Tak jak na filmach czy to z Mistrzostw Polski czy ME wszystkie elementy wydawały się takie lekkie, łatwe i przyjemne, tak jak chciałam sama je wykonać to już nie wyglądało tak kolorowo. Z tego co zauważyłam mamy lekki problem z Czarkiem ze zmianami nogi, a mianowicie jako, że ja nie do końca wiem w jaki sposób powinnam zasygnalizować Czarkowi, że chcę aby w następnym kroku zrobił lotną, to czasami zdarzają się nam nieporozumienia (albo robi za wcześnie, za późno), a niestety w serpentynie w kontrgalopie ze zmianami przy przecięciu przez linię środkową nie ma miejsca na błędy… :P
Przechodząc do treningów skokowych, podczas pierwszego z nich pracowałam na krótkim szeregu gimnastycznym na fule złożonym z dwóch stacjonat i oksera. Oczywiście nie skakałam jakiś zawrotnych wysokości, ale skupiłam się bardziej na moim dosiadzie i oparciu w strzemionach. Na początku myślałam, że na Timonie jako że on znacznie mniej wybija, będę bardziej zadowolona z pracy mojego ciała niż na Czarku, ale (jak to ostatnio często zdarza mi się doświadczać) wyszło dokładnie odwrotnie. W sumie nie wiem do końca dlaczego, ale tego dnia jakoś zupełnie nie mogłam się z kucykiem zgrać. Albo składałam się za bardzo albo za mało, za dużo ręki lub odwrotnie, a do tego wszystkie te moje ruchy wydawały się jakby zbyt wymuszone. Dlatego pod koniec treningu stwierdziłam, że po prostu muszę się mniej skupiać nad tym co robię z ciałem, no i oczywiście zaczęło wychodzić znacznie lepiej… ironia losu :P. Na Czarku z kolei od początku do końca skakało mi się bardzo dobrze, nawet przy przeszkodach ponad metrowych udawało mi się zachować równowagę. W sumie okazało się to być całkiem proste ponieważ gdy już wystarczająco opierałam się na strzemionach wystarczało przy lądowaniu prostować się ciałem, o czym jakoś wcześniej zapomniałam (albo pogodziłam się z faktem, że mi to nie wychodzi :P). Eureka normalnie na końcu okazuje się, że wszystkie problemy wynikają z podstaw ;).
Druga jazdę można bardziej zaliczyć do treningów crossowych, ale też nie do końca bo zamiast na samych przeszkodach bardziej skupiłam się na kontroli. Jako pierwszym jeździłam na Timim i jak się okazało w trakcie pracy nie miałam większych problemów z tempem i kierunkiem jazdy, postanowiłam rzeczywiście coś sobie skoczyć. Głównie były do przeszkody P-tkowe, a do tego kilka wąskich i ze dwie większe kłody… i szczerze mówiąc bardzo dobrze, bo niestety podczas sezonu halowego trochę się zapomniało jak powinno się zachowywać ciałem przy skakaniu przeszkód crossowych. Niestety kucyk musiał trochę przecierpieć w trakcie tej jazdy, ponieważ niektóre skoki wychodziły mi naprawdę niefajne. Raz wyszłam za bardzo ciałem (inaczej mówiąc podtoczek) albo miałam za małe tempo w linii… Normalnie czułam się jak zupełny nowicjusz i gdybym w takim stylu zaprezentowała się na zgrupowaniu crossowym w Racocie, byłaby lekka żenada :P
Na następny ogień poszedł Czarek, wobec którego miałam trochę inne plany. Ku jego zdziwieniu zaczęłam stu-procentową pracę ujeżdżeniową, czyli przejścia galop/stęp, trawersy, łopatki itd. co kucyka dość mocno zdziwiło, bo przecież siodło skokowe, do tego na dworze… Gdy już udało mi się wyegzekwować całkowitą uwagę na mnie i posłuszeństwo, przeszłam do pracy w półsiadzie po całym torze, głównie galopując pomiędzy przeszkodami i placami treningowymi. Na tym etapie, jako że przez cały ostatni rok wyhodowałam u Chenaro nawyk przestraszania się nie wiadomo czego, tak po prostu dla zabawy, kucyk zaczynał już dość mocno kombinować, ale gdy tylko chciał się spiąć, albo ruszyć w przeciwną stronę itp. od razu brałam go na małą woltę i raz to egzekwowałam zgięcie, raz wyrzucałam zad na zewnątrz… aż nie odzyskałam kontroli. Po kilku albo raczej kilkunastu takich zagraniach, świat nagle stał się dla kucyka całkowicie przyjazny i bezpieczny :P Dopiero wtedy mogłam przejść do trzeciego etapu treningu czyli sobie troszkę poskakać :D. Tym razem obyło się bez żadnych większych problemów, jedyne co to lekkie zapierania się przy skracaniu galopu przed przeszkodą, ale po przepracowaniu tego za pomocą małych wolt, wygięć, zatrzymań skakało się superancko :).
Na koniec tygodnia stwierdziłam, że należy się koniom trochę relaksu (nie licząc ostatnio dość częstych wypadów na padoczki) w związku z tym razem z dziewczynami, w tym Olimpią która jechała na Czarku (a ja na Skociaku) wyruszyłyśmy na spacer nad morze. Tak jak Chenaro szedł nad morze już dwa razy tak dla Timona była to pierwsza podróż i okazało się, że był jeszcze dzielniejszy niż Czaruś :). Standardowo na początku maszerowaliśmy po schodach, potem przechodziliśmy przez deptak, potem przez rondo i wreszcie do morza. Oczywiście na początku fale wydawały się przerażające, ale już po pierwszym wejściu do wody dało się po nich nawet galopować bez zwracania uwagi.
Przeszliśmy również pod molo, a nawet udało nam się wygrać zaciętą walkę z łabędziami :P. Podsumowując było mega mega przyjemnie, zarówno dla jeźdźców (bo również i Olimpia powiedziała mi że Czaruś prowadził się super, dosłownie w dwóch paluszkach), jak i dla koni które wyglądały na naprawdę szczęśliwe :). Po powrocie na Hipodrom razem z Olimpkiem zdecydowałyśmy się jeszcze na krótki spacerek po torze, pomimo zamarzających palców u nóg i chlupotu wody w butach :P, podczas którego Czarusiowi nawet nie przyszło do głowy żeby się czegoś przestraszyć. Pełen sukces!!! :D







Komentarze
konik66
Zazdroszczę Ci że masz tak blisko do morza… :-D
madzia
Ja tak samo:)
DJ
Czarusiowy zadek mnie oczarował :D
Widać progres! :D
ola
Ja też tak chcę!
ola
Ja też tak chcę! Jazda nad morzem no po prostu super!
kinga
Wow pozazdrościć ;)
AN
Mam pytanie jak założyłaś stronę i czy coś płaciłaś? Wiem, że pytanie zupełnie nie na temat jeździectwa i koni, ale Twoja strona jest świetna.
zebrazklasa
Dzięki :) W całej stronie mamy płatny motyw, logo zaprojektowane dla nas, oraz zapłaciłyśmy za serwer, reszta to nasza praca.
Natka
Chciałabym bardzo galopować po morzu! Zazdroszczę! :)
Ps. Pierwsze zdanie wpsiu – wydaje mi się, że zjadłaś ‘minął’…
asia
Ale zazdroszczę ci jazdy nad morzem <3
Gosia
zawsze marzyłam o tym, żeby pogalopować z koniem nad wodą <3
Janeker
Na wodzie jeszcze nie jeździłem :) może kiedyś będzie okazja, bo u mnie to raczej krajobraz górski :)