SKJ Golden Dream <3

Większość poprzedniego tygodnia spędziłam na konsultacjach w stajni SKJ Golden Dream niedaleko Łodzi, należącej do Aleksandry i Joanny Szulc. Być może wiecie, że Ola Schulz jest aktualnie jedną z najlepszych zawodniczek dresażowych, startuje głównie na międzynarodowym poziomie na koniu Rumba Hit, tymczasem jej siostra Asia również zajmuje się jeździectwem w tym głównie trenowaniem.

Można by się spodziewać, że jak dla mnie pełne 5 dni pracy ujeżdżeniowej będzie podsumowane jako męczarnia, jednak okazało się to być przyjemne i satysfakcjonujące, szczególnie jeżeli udaje się w tak krótkim czasie zrobić znaczne postępy ;)

Ogólnie z Olą trenowało mi się super, dała mi wiele przydatnych wskazówek dostosowanych indywidualnie do mnie i do koni, które starałam się jak najszybciej wcielić w życie (czasami z marnym skutkiem :P). Również bardzo podobało mi się jej podejście do treningu, ponieważ z jednej strony pozostawiała mi często przestrzeń do myślenia, kiedy to sama musiałam rozplanować sobie ćwiczenia do wykonania lub też wykombinować w jaki sposób rozwiązać dany problem (co jako, że ostatnio częściej trenuję sama jest bardzo przydatną umiejętnością), z drugiej jednak strony zawsze mogłam do niej podjechać i poprosić o rade czy zapytać się o nurtującą mnie sprawę… Możnaby wymieniać jeszcze wiele zalet, ale żeby nie przesłodzić przejdźmy do rzeczy, którym poświęciłyśmy najwięcej pracy.

Co do mnie jako jeźdźca głównie trzeba było mnie przestawić na tryb natężonej pracy. W sumie już dawno zauważyłam, że zamiast krótkiej i intensywnej roboty, gdzie trzeba by często zmieniać ćwiczenia, chody, rysunki, najchętniej kręciłabym się na jednym kole, w tym samym chodzie  zmieniając cokolwiek średnio raz na 20 okrążeń… Oczywiście w moim przypadku jest to jedynie strata czasu oraz bezsensowne obciążanie koni, ponieważ unikając niekomfortowych sytuacji niczego nie jestem w stanie się nauczyć. Dlatego z jednej strony niezbyt, ale z drugiej bardzo się cieszyłam, że w końcu ktoś mnie przycisnął do wykonywanie mocniejszej roboty :) Kolejną sprawą była na którą Ola zwróciła mi uwagę była praca tułowia, zarówno w zakrętach, na prostych, a także przy zmianach chodów czy ich tempa oraz na pracę mojej miednicy. Główny jednak problem stanowiło moje rozluźnienie w siodle, a także nadmierne działanie i usztywnienie prawej ręki. Mianowicie zamiast łydką i ręką wykonywać krótkie półparady a następnie odpuszczać, ja zaczynałam coraz bardziej zaciągać prawą wodzę, co w efekcie powodowało usztywnienie i zaparcie się konia na tą stronę. W końcu jak koń ma się nauczyć chodzić na lekkim kontakcie i odpowiadać na najmniejsze sygnały, jeżeli cały czas dana pomoc jest używana w dużym stopniu…? Całkowicie logiczne, ale trudne do wykonania, szczególnie jeżeli trzeba walczyć z upierdliwymi nawykami…

Odnośnie koni, głównym zastrzeżeniem było ich rozluźnienie. W związku z tym około pierwsze 20 min każdej jazdy poświęcaliśmy na pracę w dole (na Timonie często zaczynaliśmy od galopu w celu lepszego rozgrzania pleców). Dzięki temu obydwóm rozluźniały się plecy, w efekcie czego mogły lepiej podstawiać zad, wydłużając i usprężając ruch, a także rozluźnić szyję co z kolei wpływało na jej elastyczność, a także razem z plecami uwrażliwiało na pomoce i poprawiało przepuszczalność przez kontakt. Niestety zauważyłam, że jeżdżąc ujeżdżeniowo na Timonie nabrałam złych nawyków przez które zdarza mi się usztywniać tułów, biodra albo ręce, a w efekcie przechodzi to również na konia (nawet początkowa jazda w dół w takim przypadku może nie pomóc). Oczywiście za tym idzie cały szereg konsekwencji, który ostatecznie powoduje utrudnienie w przyjęciu kontaktu, słabszą reakcję na pomoce (np. półparady hamujące) co z kolei wpływa na brak podstawienia i częstszą utratę równowagi. Dlatego podczas tych pięciu dni głównie pracowałyśmy nad kontrgalopami oraz przejściami z galopu do stępa, ale ostatecznie udało się w zadowalający sposób wykonać te ćwiczenia dopiero ostatniego dnia gdy w końcu częściowo udało mi się przezwyciężyć zły nawyk (może dlatego, że wtedy byłam jeszcze trochę uśpiona- trening na 5 rano :P).

Czaruś przez te 5 dni stał się rasowym koniem ujeżdżeniowym! Zrobiliśmy tak ogromne postępy, że aż mnie samej trudno było w to uwierzyć. Na początku trzeba było chwilę popracować nad rozluźnieniem oraz przez cały czas musiałam mocno uważać na moją prawą rękę, ale nie przeszkodziło to nam by już na trzeci trening założyć munsztuk i zasuwać z ciągami w kłusie, galopie czy lotnymi zmianami :D. W sumie nie ma zbyt wiele do opowiadania, ponieważ o ile ja się pilnowałam kucyk chodził genialnie.  Muszę przyznać, że pingwinienie może się bardzo spodobać, szczególnie gdy wszystko czego się chce wychodzi jak z płatka :D. Nawet doszło do tego stopnia, że prawdopodobnie na początku kwietnia wybiorę się na Halowy Puchar Polski w ujeżdżeniu! Co prawda jest on trochę nie po drodze, bo aż w Krakowie, ale zdaniem wszystkich będzie to świetny trening zarówno dla mnie jak i dla koni, szczególnie, że na Czarku w kategorii juniorów mam szanse się całkiem nieźle zaprezentować. Teraz jednak pojawia się problem, albowiem jeden z przejazdów to tz. Freestyle, czyli program dowolny do muzyki, a tak jak z program spokojnie poradzimy sobie z p. Gosią, tak odpowiednią muzykę jest mega ciężko znaleźć, więc jeśli macie jakieś propozycje to dawajcie znać :).

Wracając do pobytu w SKJ Golden Dream, uważam go za jeden z najlepiej spędzonych dni wolnych ever i w sumie jak tylko stamtąd wyjechałam od razu chciałam wracać… Na szczęście jeżeli pojadę na HPP A,  już całkiem niedługo będę miała okazję się spotkać z Olą, Asią i całą resztą Towarzystwa, a do tego czasu nastąpi ciąg dalszy pingwinienia :P

PS Zdjęcie pochodzi ze strony www.skjgolderndream.pl, filmy z kanału youtube jszulc87

Komentarze

19

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.