Jazda pełna wrażeń

Wczoraj miałam jazdę z Marcinem Michałkiem. O dziwo nie skakaliśmy niczego z kłusa (swięto!), ale i tak, jak nie jedno to drugie… W związku z panującą obecnie odwilżą (pomimo tego, że jak teraz spojrzę za ono to znowu pada) z dachu hali spadały całe płaty śniegu, co zdecydowanie utrudniało w skupieniu się Sojuza na pracy, przez co (po raz pierwszy od dłuższego czasu) groził mi upadek, ale o tym później…

 

IMG_0461

W każdym razie naszą zabawę zaczęliśmy od długiego i namiętnego kłusowania włączając w nie przejścia do stępa i zatrzymania (nudy…). Następnie przeszliśmy na koło by jak zwykle sobie na nim pogalopować.  Skończyło się na kilku brykankach, nie wiem czy z powodu tego,  że Smok miał dużo energii, czy dlatego że bał się śniegu albo udawał, ale tak czy siak było wesoło. W końcu przeszliśmy przez tą fazę, mogliśmy zacząć skakać. Zaczęło się od krzyżaczka ze wskazówką, potem stacjonata i na koniec okserek (wszystko ze wskazówką). Było całkiem nieźle, szczególnie gdy już złapałam odległość. Następnie przeszliśmy do szeregu gimnastycznego z galopu, składającego się z trzech skoków wyskoków i stacjonatki, która potem przeobraziła się w okserek. Szło mi całkiem dobrze, tylko, że jak trener postawił mi już takiego postawniejszego oksera to po skoku Sojuz zaczął kolejną fazę baranów… Fajnie że się cieszył, ale czemu moim kosztem?

Na koniec, gdy skończyliśmy już męczyć ten szereg, trener postawił mi tak ładny pojedynczy okser (około 110), który kazał mi skoczyć. I wtedy już wiedziałam, że to jest moja chwila prawdy. Były dwie opcje: albo mogłam przejechać go ładnie, kończąc w ten sposób trening dobrym akcentem, albo zachrzanić ten skok w związku z czym będę musiała jechać go jeszcze kilka razy aż w końcu wyjdzie. I oczywiście musiałam wybrać tą drugą opcję :(

Nie pasowało mi, przez co Smok odbił się za daleko i pofrunął niczym prawdziwy smok, ale ja oczywiście nie zdążyłam zabrać się z nim ciałem, a wręcz nawet nie puściłam mu wodzy. Nawet nie chcę wiedzieć jak to musiało wyglądać z boku… Ale przynajmniej wiem , że jeżeli np. na zawodach zdarzy się taki kiks, to Sojuz wyratuje mnie z opresji, i tutaj trzeba zaznaczyć, że przy tym skoku nawet nie dotknął drąga :)

Na sam, sam koniec podczas “pseudo” żucia z ręki w moim wykonaniu, Sojuz musiał mnie dobić. A mianowicie (prawdopodobnie przez ten cholerny śnieg) mało co nie zwalił mnie ze swojego grzbietu. Zrobił takiego barana, że wyleciałam w powietrze niczym Tarzan, wylądowałam przed siodłem i już czułam jak będzie bolało obicie się o ścianę a potem ziemię, gdy nagle… uratowała mnie zarośnięta grzywa mojego rumaka, za którą się złapałam, ratując przed upadkiem :D

Po jeździe w wyrazie wdzięczności postanowiłam, że podczas czekania na tatę w stajni, przerwę Sojuzowi grzywę. Wiem że miałam zrobić fotorelację, ale to była jedyna okazja, żeby w spokoju powyrywać włosy, ponieważ akurat nie było nikogo w stajni, a poza tym to naprawdę nic ciekawego. Maiłam problem z doborem sprzętu, dlatego od razu uprzedzam że najlepiej wziąć grzebień, który nie jest za duży, tak aby łatwo trzymało się go w ręku, metalowy, bo jak spróbowałam plastikowym to mało co się nie złamał. I jeszcze jedno, gdy już przejdziecie do przerywania, to nie róbcie tego zbyt długo od góry tylko lepiej od dołu grzywy. Nie wiedziałam o tym, przez co teraz Smok ma łysą plamę jak się od góry patrzy, co nie wygląda najlepiej :(

Podczas jazdy dowiedziałam się od trenera, że nie ma sensu jechać do Jaroszówki, w związku z pogodą. Śnieg może się nie roztopić, a nawet jeśli się roztopi, to będzie błoto, co jest niebezpieczne podczas krosu, tak więc przepraszam bardzo, ale nie zobaczymy się na tych zawodach (skierowane do Angeliki) :*(

Komentarze

18

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.