Same nowości

W poniedziałek miałam tak dla odmiany jazdę na Donku :P Była wtedy dość słaba pogoda, więc jeździłam na hali, a że ma ona szerokość równą tylko 13 metrom- było ujeżdżenie. Był to stosunkowo krótki trening, ponieważ jak zwykle na Donku – w ujeżdżeniu nie ma co robić. Jedyne nad czym trzeba pracować non stop, to jego rozluźnienie. Głównie skupiliśmy się na łopatkach, trawersach i (pierwszy raz w życiu!) ciągach. I do tego żeby nie było za łatwo, w stępie, kłusie i galopie.

Na początku było spokojnie, zaledwie łopatka po krótkiej ścianie, wyjście na długą już w trawersie i ciąg do środkowej linii. Następnie zaczęłam robić to w kłusie i muszę przyznać, że tak jak zwykle  prawie wszystko w kłusie jest trudniejsze niż w stępie, tak na Donku jest inaczej. Przynajmniej tak mi się wydawało, że po prostu przykładasz łydkę mając stały kontakt i już. Cała logika. Niestety nie sprawdziła się ona przy galopie. Na potrzeby tego chodu ćwiczenie zostało troszkę zmodyfikowane, a mianowicie zamiast od razu po wyjściu na długą ścianę robić ciąg, to dalej jechało się w trawersie do połowy hali i wtedy robiło się pół wolty i do tej samej ściany robiło się ciąg, a następnie zmianę nogi. Trzeba przyznać że nie było łatwo szczególnie, że w hali jeszcze była Bora tak więc Donek musiał się przed nią popisywać: brykanka, rzucanie głową itp. Ale z drugiej strony fajnie, że po raz pierwszy od dłuższego czasu robiłam coś nowego na treningu :)

We wtorek były skoki na dworze. Głównym punktem jazdy był mój dosiad. Pani Kasia twierdzi, że mam za bardzo wsuniętą miednicę, przez co mam usztywnione biodra. Do tego w półsiadzie powinnam być bliżej siodła i bardziej wypinać tyłek ;P Więc zamiast jak zwykle pracować nad Donkiem – tym razem miałam się skupiać głównie na sobie. Ogólnie było bardzo przyjemnie, skakałam szereg gimnastyczny złożony ze skoku wyskoku, fuli i oksera. I tak pięłyśmy się powolutku do góry, aż doszło do jakiś 1,10 cm, a następnie dodałyśmy sobie jeszcze dwie linie ze stacjonat. Znów robiłam te dziwne ćwiczenia składania się nad koniem, tyle że w kłusie.

donek

Mają one poprawić mój dosiad i rozciągnąć kręgosłup, ale jest pewien problem, nie mogę się porządnie rozciągnąć ponieważ mi się koń kończy :P Naprawdę Donek ma za krótką szyję, tak więc z łatwością sięgam mu do uszu, a nawet i dalej…

Po treningach i oporządzeniu Donka, zajmowałam się Smokiem. Za każdym razem wychodziłam z nim na spacer lub też kontynuowałam ćwiczenia Parelliego (jeśli miałam czas). Niestety co do tych ćwiczeń, utknęłam na zabawie w Jo-Jo. Jeśli ktoś nie wie na czym ona polega, to po prostu, chodzi o to by koń przychodził do ciebie na komendę i odchodził. Stoi się naprzeciwko niego i żeby przyszedł trzeba się lekko pochylić i robić zagarniający ruch rękami, można również troszkę pociągnąć za uwiąz jeżeli nie reaguje (akurat to konie chętnie robią). Za to żeby odszedł należy najpierw pomachać palcem ręki w której trzyma się uwiąz tak aby wprawić ją w lekkie wahanie, jeżeli koń nie zareaguje to mocniej pomachać i mocniej, a jeżeli dalej nie działa to zrobić straszaka (np. machanie rekami), a jeżeli się odsunie choćby pół kroku to zaprzestać robienia czegokolwiek tak, żeby skojarzył że dobrze zrobił. Niestety to kojarzenie u Sojuza dość słabo działa :) Ale za to muszę przyznać, że w ogólnym rozrachunku Smok zdecydowanie się uspokoił i trochę znormalniał (nie jest już tak dziki jaki był gdy wróciłam z wakacji), tak więc jest nadzieja :)

Jutro mam trening skokowy z trenerem Michałkiem i muszę przyznac, że troszkę się stresuję :P

Komentarze

11

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.