Od rozpaczy do szczęścia i z powrotem”? :P

Pierwszy dzień zawodów w Białym Borze rozpoczął się bardzo wcześnie- konkurs L zaczynał się o 9.15, a ja już o 6.30 byłam na nogach (w takim razie nie wiem o której godzinie musieli wstać biedni zawodnicy LL która startowała o 8.00 :P). Tak jak było na listach startowych na Scotym jechałam szósta, później Sojuz na końcu klasy L i na początku P, a na deser Timi jako jeden z ostatnich koni w P. Bardzo odpowiadała mi ta opcja, ponieważ jak byłam na rozprężalni z Timonem po raz pierwszy to nie było prawie żadnego konia. Niestety kucyk był trochę rozemocjonowany nowym miejscem i nawet kiedy widział stępującego konia w pobliżu to już dostawał szajby, więc chociaż nie było ich wielu i tak było ciekawie. Co do samego startu to krótko mówiąc schrzaniłam… Zupełny brak pomyślunku (przynajmniej w moim odczuciu) nic się nie zgadzało, do tego miałam za mocny kontakt więc jeszcze Timi mi się przeganaszowywał… Ogólnie lekki dramat, więc dobrze, że nie mam filmu :P Następnie przyszła kolej na Sojuza. Jak pewnie się domyślacie po moim pierwszym przejeździe byłam troszkę poddenerwowana, ale Sojuzik zdecydowanie ułagodził mój stan emocjonalny. Gdy wjeżdżałam na rozprężalnię, widząc galopującego konia już byłam spięta, bo przewidywałam, że za chwilę będzie rodeo, tymczasem konik niewzruszony stępował sobie dalej. Naprawdę bardzo miło był sobie jeździć pomiędzy innymi końmi, nie bojąc się o życie :P Trzeba przyznać, że dziwnie się jeździ na dwóch tak strasznie różnych koniach jeden po drugim. To co zauważyłam zupełnie innego gdy wsiadłam na Sojuza była jego nieogarnięta grzywa :P Ale tak na serio to jeżdżąc na nim ma się uczucie jakby wszystko odbywało się w zwolnionym tempie. Tak jakby pomiędzy jego długaśnymi krokami, miałoby się tyle czasu, żeby wypić sobie herbatkę i poczytać gazetę. Podczas gdy Timon jest tak szybki, zwinny, że na nim trzeba myśleć i podejmować decyzje w przyśpieszonym tempie. Niby jest on łatwy do jazdy, ale to szybkie myślenie na nim wymaga od jeźdźca (przynajmniej ode mnie) bardzo dużo uwagi i koncentracji, a niestety nie zawsze mi jej starcza, czego rezultatem był przejazd P-tkowy na Timim. Wracając do Sojuza, parkur bardzo mi się podobał, w 95% pasował odskok, wszędzie zrobiłam dobrą ilość fule (a o to się troszkę obawiałam) i w ogóle było super. Nareszcie czysty przejazd- bardzo podniosło mnie to na duchu :) Klasa P nie była już na zasadach konkursu zwykłego, ale konkursu z jokerem. Jakby ktoś nie wiedział na czym polegają zasady: zawodnik pokonuje zwykły parkur tyle, że za każdą bezbłędnie pokonaną przeszkodę dostaje odpowiednio tyle punktów, jaki numerek ma dana przeszkoda (za pierwszą- jeden punkt, za drugą- dwa, za trzecią- trzy itd.). Jednak żeby było ciekawiej przy ostatniej przeszkodzie stoi właśnie tak zwany joker, czyli teoretycznie najtrudniejsza przeszkoda, za którą dostaje się dwa razy więcej punktów niż za ostatnią, a chyba (nie jestem pewna) jeżeli się ją zrzuci to się odejmuje te punkty, coś w tym stylu. W każdym razie w moim konkursie można było zdobyć maksymalnie 44 punkty czyli było 8 przeszkód, a za jokera można było dostać 16 punktów. Moim zdaniem nie było on jakoś strasznie trudniejszy od ósemki. Troszkę wyższy okser z rowem, podczas gdy osiem był murem. W związku z wyższymi przeszkodami Trenejro powiedział, że mam jechać trochę szybszym tempem. Jednak gdy mierzył odległość pomiędzy przedostatnią i jokerem, powiedział, że jest na 7 fule. Jego chytry plan niestety się nie udał, ponieważ właśnie wtedy jego kolega po własnonożnym zmierzeniu odległości spytał się ile panu Łukaszowi wyszło… i się wydało, że trener mówiąc że siedem, zakładał że i tak wyjdzie mi o fulę mniej i będzie dobrze bo rzeczywista odległość była na 6 fule. Niestety tak czy tak jego plan by się nie udał, ponieważ jak przyszło latania na Smoku zrobiłam tam 5 fule :P Co do samego przejazdu to był on bardzo dobry, byłam z siebie zadowolona bo gdy robiło się blisko nie wychodziłam z ciałem, tylko czekałam i podpierałam łydką (sukces!), no i do tego kucyk wszystko bardzo ładnie skakał, co prawda jak tempo było większe to i on się trochę podjarał (w jednym momencie sobie nawet podbrykiwał :P). No i przyszedł czas na Timiego jako czwarty parkur. Zdecydowanie nie poszło już tak gładko z rozprężaniem jak za pierwszym razem. Musiał kłusować i galopować na oddzielnym placu, a gdy wjechałam na właściwą roprężalnię, szczerze mówiąc myślałam że Timi mnie zabije. Jedyne przeszkody które skoczyłam w miarę normalnie to dwa pierwsze krzyżaczki, potem to była już walka o życie. Nieuniknionym było, że gdy będę skakać stacjonatę albo okser to jakiś koń będzie obok kłusował lub galopował, co oznaczało dla mnie skok rozpaczy… Gdy stępowałam przy placu konkursowym przed wjazdem, niby było już ok, starałam się uspokajać i pewnie by mi się to udało, gdyby nie jeden incydent. Na pierwszą przeszkodę najeżdżało się przy wjeździe na plac i idealnie wtedy gdy na nią najeżdżałam kolejny zawodnik chciał wjechać, więc Timi od razu w panikę i dzida. Wybiło mnie to zupełnie z rytmu. Fakt, że byłam zmęczona, ale przez tą sytuację jeszcze bardziej się zdekoncentrowałam. W każdym razie ten przejazd był jeszcze gorszy niż poprzedni na Timim. Nie dość, że nic nie wychodziło to jeszcze pomyliłam trasę (co prawda najeżdżałam na dobrą przeszkodę i tylko chciałam się upewnić czy to ta, a nie było widać numerka-leżał na ziemi, więc jej w końcu nie skoczyłam :P). Do tego po zjeździe z parkuru, szłam naprzeciwko stępującego konia i Timon się mało co nie wywalił kiedy od niego odskakiwał, więc tak jak po przejeździe na Sojuzie czułam się szczęśliwa, tak wtedy byłam roztrzęsiona i załamana. Na szczęście jestem typem człowieka, któremu szybko przechodzą złe humory, więc kolejny dzień zaczynałam emocjonalnie zresetowana, ale o tym napiszę następnym razem :)

Komentarze

5

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.