Końca roboty nie widać…

W związku z przygotowaniami do weekendowych zawodów (znowu regionalne skoki w Sopocie), wczoraj od razu po powrocie Trenejra z Lublina zabraliśmy się do roboty. Tego dnia miałam tylko jedną jazdę na Sojuzie (Czarek zaledwie spacer), ale za to pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna skakałam :) Tak jak się spodziewałam Smoczuś nie chodził najlepiej- podczas trzech poprzednich dni nie skupiałam się raczej na jeździe ujeżdżeniowej. W piątek nie dało się zbytnio jeździć ponieważ na hali roiło się mnóstwo koni (zawody dresażowe), w sobotę jak wiecie była plaża :), a w niedzielę spacerowaliśmy po torze z przerwami na trawkę, więc Sojuz miał prawo być trochę sztywny. Po rozgrzewce moim zadaniem było skakanie przez małą stacjonatkę z drągami po obu stronach tak, jakby to była zwykła cavaletka- koń miał być rozluźniony z głową w dół. W sumie Sojuz sprawował się całkiem nieźle, ale mi po około miesiącu nie skakania zajęło chwilę żeby się wjeździć (np. złapać równowagę w skoku). Nie chcieliśmy Smoka nadmiernie męczyć dlatego od razu przeszliśmy do mini prakuru składającego się z okserów i stacjonat koło metra. Przejeżdżając ten parkur czułam, że Sojuz dosłownie przelewa się przez te przeszkody, był zdecydowanie za mało pobudzony, a gdy powiedziałam o tym Trenerowi, on tylko wskazał mi okser (koło 120) mówiąc „to pojedź tamto, tylko się nie zabij…”- bardzo trafna uwaga :P Skończyło się na tym, że jeszcze dwa razy skoczyłam okser, a potem jeszcze takiej wysokości stacjonatę tyle, że z ostrzejszego zakrętu. Za pierwszym razem gdy po oddaniu skoku podjechałam usłyszeć uwagi (raczej liczyłam na pochwałę) p. Łukasz tylko podsumował: “zmobilizowałem cię wysokością, i koń skacze” :P

Dzisiaj również miałam trening skokowy jednak tym razem na Czarku. Identycznie jak wcześniej z Sojuzem nie chcieliśmy go męczyć dlatego przeszkody tak powyżej 110 skoczyliśmy tylko jeden raz na koniec. Kucyk skakał bardzo dobrze, co prawda ciągle brykał mi po lądowaniu, ale to przeze mnie (starałam się tym nie denerwować, w końcu siedziałam na nim 3 raz od miesiąca) i troszkę podszarpywał głową (zapewne również z powodu mojej ręki albo czegoś). Zmartwiła mnie jedna rzecz. Wcześniej zauważyłam to na Sojuzie, ale wtedy nie było tak mocno odczuwalne. Mianowicie przez to, że nie ląduję na strzemiona lecę tułowiem na szyję konia. Jak zwykle ze mną bywa przechodzę ze skrajności w skrajność- gdy przyjechał do nas Chenaro miałam problem z nadmiernym odchylaniem się do tyłu przy lądowaniu, a teraz dokładnie odwrotnie… Podczas zawodów muszę pamiętać, żeby trzymać nogi z przodu i mam nadzieję że sam obowiązek patrzenia na następną przeszkodę będzie na mnie wymuszał bardziej pionowe trzymanie sylwetki :)

Ostatnimi czasy miałam także dużo treningów ujeżdżeniowych. Zaczynając ponownie od Sojuza we wtorek po skokach byłam raczej nastawiona na średnio udaną jazdę, okazało się jednak, że koń wcale nie chodził źle tylko ja nie pozwalałam mu się poprawić. Zrozumienie tej zależności zajęło mi godzinę prawdziwej jazdy. To chyba był pierwszy trening kiedy to nie miałam już w ogóle siły. Trener wymęczył mnie jak nigdy, szczególnie na końcu, kiedy to i ja i Sojuz mieliśmy już lekko dosyć, a Trenejro stwierdził, że nie możemy przejść do stępa dopóki nie przejadę całego koła bardzo dobrym kłusem (energicznym, podstawionym, wpisanym w koło, na lekkim kontakcie). Zapomniałam o najlepszej części – to wszystko odbywało się BEZ STRZEMION!!!. Niestety nieustannie i ciągle na nowo muszę walczyć z moją tendencja do ciągnięcia za wodze, gdy sobie to uświadomiłam trochę mnie to przygnębiło, ponieważ już prawie minął czas na wyplenianie takich nawyków- za miesiąc zaczyna się sezon! :(

Na szczęście dzisiaj jeździłam już znacznie lepiej w większości przypadków zachowywałam lekką rękę z przodu. Nareszcie chociaż częściowo robiliśmy elementy programów (aż ciężko uwierzyć że coś takiego mówię, że NARESZCIE robiliśmy UJEŻDŻENIE) w tym łopatki, wolty w narożnikach, przejścia wszelkiego rodzaju, kontrgalopy i dodania w kłusie oraz w galopie (wszystko bez strzemion- nie wiem jak mój kręgosłup to wytrzymał :P). Ostatnio bardzo dużo zwracamy uwagę na działanie łydki. Moim problemem jest tzw “tępe” jej używanie, znaczy, że przykłada się ją do konia ale w niezbyt skonkretyzowanym celu. Niestety przez jazdę w taki sposób koń przestaje zwracać uwagę na pomoce przez co jeździec jak chce żeby zadziałało zwykle używa ich mocniej, w związku z czym zaczyna jeździć bardziej siłowo, a jak człowiek to i koń… W sytuacji kiedy koń nie zareaguje na pomoc należy użyć jej stopniowo mocniej, ale (co bardzo ważne) jak już osiągniemy reakcję trzeba wrócić do punktu wyjścia czyli lekkiej pomocy. Jak sama właśnie doświadczam, jest to bardzo piękna teoria, którą niestety w praktyce niełatwo osiągnąć. Na szczęście dzięki wcześniejszej tygodniowej kuracji z p Łukaszem Sojuzikowi przyszło to dość szybko (oczywiście co jakiś czas musiałam mu przypominać) i w końcu udawało nam się przy nie aż takim wysiłku, całkiem przyzwoicie wyjeżdżać narożniki i robić łopatki :)

Na Czarku również miałam jazdy ujeżdżeniowe tyle, że o wiele mniej intensywnie. Głównie chciałam wspomnieć o mini przełomie, mianowicie zaczynam ogarniać jak rozluźnić Rudego w galopie! Oczywiście gdy się o tym mówi wydaje się to takie łatwe i oczywiste (przecież tylko wew. łydka , zew. wodzą i półparady wew. wodzą), ale w jeździectwie w większości przypadków żeby coś zrozumieć trzeba to najpierw to poczuć.

FullSizeRender

W związku z kontuzją Olimpii, której koń stanął na nogę :(, Trenejro zaopiekował się jej jednym koniem czyli Big Benem, a drugi- Jasper przypadł mnie i Agatce na zmianę. Ogólnie nie spodziewałam się nawet, że podczas zaledwie dwóch jazd uda nam się z małym Rudym tak dogadać. Kucyk (tym razem prawie dosłownie :P) chodzi naprawdę dobrze, ale zapewne w dużej mierze jest to uwarunkowane moim całkowitym spokojem i niezłomną cierpliwością. Ostatnio dużo się zastanawiałam jak to możliwe, że wsiadając na obcego konia podczas całego treningu, choćby nie wiem co się działo umiem być „ponad to”, podczas gdy jeżdżąc na swoim bardzo szybko dopada mnie irytacja. Zapewne dlatego, że o wiele bardziej mi zależy , ale muszę się tego wyzbyć (łatwo powiedzieć :P), ponieważ sama teraz doświadczam o ile więcej można zyskać spokojem. Sezon blisko, a końca roboty nie widać…

Komentarze

21

DODAJ KOMENTARZ? USUŃ ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.