Trzeba sobie radzić

Nie wiem czy inni jeźdźcy również tak mają, ale dla mnie nawet krótka przerwa od treningów powoduje, że zupełnie nie umiem odnaleźć się w siodle- jakbym nie jeździła od lat. Jak zapewne zauważyliście przez ostatnie kilka dni bardzo mało dawałam o sobie znać, lecz niestety pomimo tego, że chciałam, to zostałam uziemiona przez zapalenie zatok- cztery dni aresztu domowego. Pociesza mnie myśl, że ostatnim razem tak mocno chorowałam 2 lata temu, więc teraz powinnam mieć spokój mniej więcej tyle  samo czasu. Niestety choroba przytrafiła się w dość niewdzięcznym momencie ponieważ już za mniej niż dwa tygodnie są pierwsze zawody wkkw. Tymczasem po dzisiejszych i wczorajszych jazdach zauważyłam jedynie, że z postępu który zrobiłam przed przerwą nie zostało prawie nic…

Przewczoraj pomimo jeszcze nie idealnego stanu zdrowia stwierdziłam, że najwyższy czas odwiedzić stajnię, nie tylko z powodu zbliżających się zawodów lecz także ponieważ nie mogłam już wręcz wytrzymać samej w domu. :P świetnie było w końcu móc przytulić te moje wszystkie kucyki, a co mnie z jednej strony ucieszyło a z drugiej zasmuciło, musiano się nimi dobrze opiekować, ponieważ nie stęskniły się za mną zbytnio :P

Na Czarku i Sojuzie miałam lekki trening dresażowy. Nie chciałam oczekiwać od siebie za dużo, znając już trochę swoje ciało wiedziałam, że pierwszego dnia będę się telepać jak worek kartofli… i dosłownie tak się czułam :P Reakcja Czarka po zakłusowaniu utwierdziła mnie w tym przekonaniu, od pierwszego kroku zaczął uciekać mi spod tyłka- zapewne nie wyglądało to tak strasznie jak się czułam, ale akurat ten koń jest bardzo delikatny na pomoce, nie mogłam więc liczyć, że przymknie na to oko. Szczerze mówiąc nie zrobiłam zbyt wiele podczas tej jazdy. Rzeczywiście była ona bardzo krótka, lecz wystarczyło to by pokazać, że nic z tego co tak długo ogarniałam przez przerwą nie zostało mi w głowie. Niestety znów zaczęłam się zaciskać, napinać, a oczywiście najgorzej było w galopie… Niestety jazda na Sojuzie również nie należała do dobrych. Smok wieszał się na wodzach, do tego nie chciał się rozluźnić i jakoś nie miał energii żeby iść samemu do przodu. Tak jak zwykle w miarę ćwiczeń bym się z tym uporała lecz tym razem z powodu rozbicia fizycznego i pogłębiającego się rozbicia psychicznego nie mogło się udać…

Po powrocie do domu nastąpiła chwila załamania, kiedy to pękło wszystko co trzymałam w sobie przez długi czas. Po chwili jednak udało mi się też przemyśleć to wszystko na spokojnie. W ten sposób urodziły się trzy idee, które mają pomóc mi borykać się z codziennymi trudnościami. Po pierwsze przypomniałam sobie motto, o którym niefortunnie dawno zapomniałam, a jest ono na tyle trafne (a do tego doświadczyłam go namacalnie), że napełnia mnie nadzieją: wszystko ma swój sens. Druga i trzecia konkluzja łączą się częściowo, ponieważ stwierdziłam, że muszę mniej się przejmować jeżeli coś mi się nie udaje, a także czerpać więcej przyjemność z pobytu w stajni. W ten sposób będę mogła częściowo ładować akumulatory poprzez pobyt z moimi kucykami, a do tego nie będzie już tak często występującego elementu stresu, który zdecydowanie mnie demotywuje i sprawia, że treningi tym bardziej nie wychodziły.

Nie będę już Was zanudzać moimi osobistymi problemami dlatego przejdę do wczorajszych treningów. Tym razem na obydwu koniach sobie podskakiwałam. Tradycyjnie na pierwszy ogień poszedł Czarek. Głównie pracowaliśmy nad moim dosiadem oraz kontrolą dlatego  nie potrzebnym było skakanie wysokich przeszkód. Głównie pracowaliśmy na pojedynczej stacjonacie (z kłusa :() a także linii na 3-5 fule w zależności od wysokości przeszkód i tego czy chcieliśmy skrócić konia czy go trochę rozciągnąć. Co do samego galopu było już trochę lepiej, ale niestety skoki zdecydowanie nie sprostały moim wymaganiom. Znów pogłębił się problem wyrzucania z siodła przy lądowaniu, pomimo, że na prawdę starałam się nie zaciskać łydkami. Czasami nawet tak się nad tym skupiałam, że nie wykonywałam zadania które zadawał mi Trener, na przykład robiłam trzy fule zamiast czterech, czy też zapominałam żeby się zatrzymać po przeszkodzie. Teraz pojawia się pytanie czy powinnam myśleć czy się zaciskam i starać się tego nie robić (co nie pozwala mi do końca skupić się na ćwiczeniach) czy zapomnieć o tym i liczyć że samo się naprawi. Już sama nie wiem, ale skoro postanowiłam się tak nie przejmować to zostawię ten temat :P

IMG_4487

Jazdę na Sojuzie uważam za bardziej udaną, nawet pomimo faktu, że po raz pierwszy od nie wiem kiedy zleciałam :P W sumie nawet cieszę się z tego upadku (Sojuzik przestraszył się jakiejś pierdoły, jak to zwykle, i rozstaliśmy się na rozdrożu kiedy to on chciał w lewo a ja w prawo :P) ponieważ zdecydowanie zmotywował mnie do poprawy :) Ogólnie robiłam dokładnie to samo ćwiczenie co na Czarku tyle, że z większym powodzeniem. Co mnie zdziwiło Smok się całkiem fajnie się skracał- nie było problemu ze zrobieniem 4 fule, a starczyło mi jeszcze miejsca żeby na ostatnich dwóch odpuścić rękę aby Smok mógł oddać pełny, normalny skok. Jeszcze jedną sprawą która mnie zastanawia to fakt, że na Sojuzie umiem utrzymać równowagę w przeciwnieństwie do Czarka, nie wiem czy to chodzi o technikę skoku konia czy o moje nastawienie… Jak widzicie męczy mnie wiele pytań i wątpliwości. Powinnam w zasadzie założyć sobie czwartą zasadę – mniej myśleć i mniej się martwić…

Komentarze

23

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.