Dzisiaj była jakaś dziwna akcja. Wszyscy osiodłali się na skoki, oprócz Julki i Hani. Wtedy one zapytały się nas – czyli mnie Magdy i Ani, co mamy jeździć i szybko się przesiodłały. Gdy jednak wyjechałyśmy, najpierw pani Dorotka nam powiedziała, że miało być ujeżdżenie, a potem jak przyszła pani Basia to powiedziała że ja Magda i Ania mamy galopy kondycyjne, a Julka, I Hania ujeżdżenie. Pomijając fakt że pani Basia mieszka 200m od stajni i można było do niej zajść i się zapytać…:)
Pierwszy kłus tak dla odmiany był nudny. Oczywiście kręciłam jakieś wolty, zmieniałam kierunki, wyginałam itp. Ale jednak te 10min daje w kość. Na szczęście pani Basia postawiła drągi, więc ciągle przez nie jeździłam żeby zabić czas. Gdy wreszcie skończył się ten koszmar mieliśmy krótką przerwę i trzy tury galopów każdy po jakieś 3 min. Pierwsza miała być normalnym tempem ale nie takim, żeby się konie szlajały tylko takim żwawszym. Po przerwie nastąpiła druga tura ale już taka szybsza. Można wręcz powiedzieć że prawie tempo krosowe. Za to w trzeciej miałyśmy galopować bardzo powoli. Było to bardzo trudne bo jak już się tak zwolniło to ciężko było utrzymać ten galop, gdyż konie były już troszkę podmęczone.
Ostatnia, była najgorsza część, czyli kolejne 10min kłusa. W sumie było w nim coś odmiennego. Pierwszy raz Sojuz nie wieszał mi się na pysku. Chociaż tyle. Jednak i tak najgorszym widokiem była Julka i Hania stępujące, na długiej wodzy, roześmiane… I właśnie w takich chwilach docenia się nawet tak niepozorne detale jak stęp :)



DODAJ KOMENTARZ?