MPMJ Facimiech – opowieść o ujeżdżeniu

Nie mogę uwierzyć, że Mistrzostwa Polski były tylko tydzień temu!!! Musicie wiedzieć, że po moim niedzielnym wypadku, w którego wyniku mocno obiłam sobie biodro (jak to doktor określił moje schorzenie: dupa zbita!!!) zostałam w dłużej Polsce na tzw. urlop chorobowy :D Tak więc de facto ten tydzień był moim pierwszym prawdziwym wolnym od kiedy zaczęłam pracować w Niemczech! Niestety jutro się już kończy ponieważ muszę wrócić do domu, wszystko poprać, przepakować, bo w środę znów wyruszam na zawody z kolei w Holandii, następnie tygodniowy obóz przygotowawczy i potem Mistrzostwa Europy we Francji! W to również nie mogę jeszcze uwierzyć!!! :P Ale jak na razie skupmy się na MP…

 

 

Po okropnie długiej i męczącej podróży z Munster do Facimiecha, którą byliśmy zmuszeni rozbić na dwa dni z postojem w Jaroszówce (jeszcze raz bardzo dziękuję panu Arturowi i pani Kasi Społowicz za gościnę :*) wreszcie dotarliśmy na miejsce. Specjalnie zaplanowaliśmy wyjazd we wtorek tak aby przed zawodami mieć jeszcze dzień odpoczynku zarówno dla koni jak i dla mnie. Miałam więc chwilę czasu aby pozwiedzać ten ośrodek w Facimiechu… Muszę przyznać, że od kiedy byłam tam ostatni raz czyli w 2012 roku podczas OOMów jeszcze na Sojuzie dużo się tam zmieniło! Przede wszystkim została wybudowana imponująca hala i drugie skrzydło murowanych stajni z myjkami i solarium :O Ogromny plac kwarcowy również zrobił na mnie wrażenie, nawet jeśli widziałam już go wcześniej, no i oczywiście nie mogę nie wspomnieć o krosie, na którym również zmieniło się całkiem dużo ;) W raz z upływem zawodów zaczęłam także doceniać koncepcję restauracji na piętrze połączonej z balkonem wychodzącym naprzeciwko placu kwarcowego, z której bardzo wygodnie i przyjemnie obserwuje się to co dzieje się na placu :D

Przechodząc do treningów to w czwartek obydwa konie chodziły na prawdę dobrze, a szczególnie Sagenhaft. Z każdym wyjazdem, każdą nową stajnią w której się zatrzymujemy widzę coraz większe zmiany w jego zachowaniu zarówno na treningach jak i w stajni. Na początku Szymek reagował na każdą zmianę w otoczeniu, a największy stres przeżywał za każdym razem gdy Czarek wychodził ze stajni bez niego. Teraz chłopczyk się bardzo wyluzował, dzięki temu nareszcie da się z nim normalnie pracować na nowym placu, bez wrażenia jazdy na tykającej bombie :D Z kolei Czaruś wydawał się trochę sztywniejszy niż zwykle, prawdopodobnie po samej podróży. Dlatego tego dnia skupiliśmy się głównie na pracy rozluźnieniowej i jedynie na koniec zaczęliśmy ćwiczyć elementy czworoboku.

 

 

Przechodzą wreszcie do prawdziwie istotnych rzeczy- nadszedł piątek czyli dzień ujeżdżenia. Z samego rana zaczynała się P. tak więc na pierwszy ogień poszedł Szymek. Tak jak poprzednim razem w Sopocie, również i teraz rozbiliśmy nasze rozprężenie na dwa razy. Za pierwszym (jeszcze w ciuchach roboczych) przerobiliśmy większość elementów z czworoboku P, z którymi na szczęście kucyk nie miał zbyt dużych problemów (może oprócz cofania którego jeszcze nie umie). Potem chwila przerwy i znów na konia tyle że już na elegancko. Druga część rozgrzewki polegała głównie na utrzymaniu rozluźnienia i wyegzekwowaniu skupienia na mnie, które było niezbędne do pracy wśród innych rozgrzewających się par (jakby ktoś nie wiedział Shaggy od czasu tłocznego treningu podczas pierwszego Strzegomia trochę boi się innych koni…).

 

 

Odnośnie czworoboku to przyznaję się bez bicia, ze skopałam sprawę. Jeszcze wtedy myślałam, że od razu po tych zawodach będę musiała znów pracować, tak więc uważałam je trochę za moje wakacje. I niestety odbiło mi się to czkawką… Moja mama jest świadkiem, że specjalnie powtarzałam sobie wcześniej czworobok, ale najwyraźniej niezbyt się na tym skupiłam, bo podczas przejazdu zrobiłam kilka poważnych błędów w rysunku, z czego jeden został słusznie uznany za pomyłkę. Tak więc mimo tego, że koniś był genialny i ja z reszta też całkiem nieźle go prowadziłam i przygotowywałam, tak ten głupi rysunek popsuł obrazek. Po pierwsze nie do końca wiedziałam czy wolty w galopie są 20 czy 15 metrowe więc de facto zrobiłam coś pomiędzy, no i jeszcze to końcowe zatrzymanie o dwie literki za daleko… Tak więc tak jak za pozostałe ruchy w większości dostawałam dobre noty tak te trzy figury po 4,5/5 i plus 2pk za pomyłkę trochę obniżyły nam wynik… :(

 

 

Aby nie powtórzyć takiej gafy specjalnie powtórzyłam sobie jeszcze raz program 2* (chociaż tek akurat wyrecytowałabym płynnie nawet gdyby ktoś mnie obudził o 2 w nocy) :P Rozprężenia Czarka również rozbiliśmy na dwie części, ale zdecydowanie nie tak ulgowe jak w przypadku siwego. Chcieliśmy mieć względna pewność, że Cezary będzie się przyzwoicie zachowywał na czworoboku, więc roboczy trening musiał być ciężki. Dużo pracowaliśmy w galopie, szczególnie, że poprzedniego dnia sprawiał on lekkie problemy, następnie jeszcze elementy w kłusie i ostatecznie skończyliśmy obydwoje cali mokrzy, ale zadowoleni. I tak w słodkiej nieświadomości, byliśmy względnie spokojni o czworobok, bo przecież do tej pory ten system się sprawdzał…

Rano przeszło w popołudnie i trzeba było zacząć się przygotowywać do czworoboku na Czaruli. Wszystko był ok aż do momentu wjazdu na plac, kiedy to wrócił koń sprzed kilku lat… Absolutny wybuch energetyczny, całkowity brak skupienia i ciągłe szukanie imprezy… Brzmi znajomo? Z Czarkiem nigdy nie jest nudno… :P Oczywiście o żadnej pracy nie było mowy, trzeba było go po prostu zmęczyć i mieć na dzieję że to wystarczy aby uratować nasz czworobok. Przygotowanie do pierwszej części Mistrzostw Polski polegało na chwili kłusa i 15 minutach galopu prawie non stop! Nic innego nie dało się zrobić!!! Czas startu zbliżał się nieubłaganie, a koń nie przestawał wariować. Minuta za minutą. Sekunda za sekundą. Zegar tykał, a ja wciąż w galopie. Napięcie rosło z każdą chwilą. W głowie grzmiały pytania. Czy ten czworobok uda się uratować? Czy to wystarczy by opanować tego konia? Co jeśli nie? Co jeśli okaże się totalną porażką?!!!! Dziesięć minut do startu. Na szyi Chenaro zaczęła pojawiać się piana z potu. Siedem minut do startu. Jego ciało zaczynało się męczyć, lecz umysł wciąż wariował. Pięć minut do stratu. Tylko spokojnie Małgorzato. Nie daj się wciągnąć w jego grę. Nie panikuj! Trzy minuty do startu. Koń wreszcie zaczyna się uspokajać… Oczywiście wciąż jest napięty jak struna, ale przynajmniej da się go opanować. Minuta do startu! Siadamy w siodło, niewygodnie jak cholera. Jeszcze tylko dwa razy łopatki na jedną i drugą… i na czworobok…

 

 

Ostatecznie udało się! Oczywiście mówię tutaj o kontroli, bo o rozluźnieniu, pracy przez grzbiet itd. zapomniałam już na początku rozprężenia. Odnośnie samego przejazdu to powiedziałabym, że był poprawny, ponieważ oprócz tej pięknej zmiany zadnich nóg przy skróceniu w pierwszym galopie nie pojawiły się żadne inne poważniejsze błędy. Porównując jednak ten przejazd do genialnego czworoboku w Renswoude (do którego z reszta jeszcze jestem winna komentarz) kiedy to Czaruś był mega rozluźniony, dzięki czemu również w lepszej równowadze, samoniesieniu i swobodzie, to czworobok na MP nie za bardzo mi się podobał.

 

Szczególnie w galopie widać częste zmiany ustawienia i rytmu spowodowane chwilowymi usztywnieniami i przez to brakiem przepuszczalności. Dodatkowo można to zobaczyć również po moim dosiadzie, gdzie w kłusie trzęsłam się jak worek kartofli po tym koniu głównie dlatego, że gdy Czaruś nie pracuje przez plecy to jest masakrycznie niewygodny… Tak więc ogólnie, jak widzicie nie do końca jestem zadowolona z tego przejazdu, ale z drugiej strony i tak powinnam się ogromnie cieszyć, bo patrząc po rozprężeniu mogło się skończyć na absolutnym freestylu ;) Na szczęście sędziowie byli bardziej wyrozumiali i mimo wszystko ocenili mnie na ponad 71 procent, dzięki czemu zajęłam pierwsze miejsce w całym konkursie w ujeżdżeniu :D

I tym (chyba ostatnim :P) pozytywnym akcentem zakończę ten wpis ;) CDN

Komentarze

3

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.