Dzisiaj był trening skokowy. I to nie byle jaki trening skokowy, gdyż na placu stały przeszkody ponad 120!
Gdy wyjechałam z Alą, Olą i Julką na łąkę nie miałam pojęcia że będą takie wielkie skoki. Po rozprężeniu zaczęłyśmy skakać krzyżaczki, stacjonaty i szereg składający się z skoku wyskoku, fuli okser fuli okser. Na początku był on malutki ale pani Basia stopniowo podwyższała. Na końcu stało tam ok. 115.
Następnie zaczęłyśmy skakać parkur. Najpierw taż był coś około 105 i przejechałam go bez większych problemów. Później jednak jechałyśmy go w drugą stronę już w wersji XXL. Niestety na widok tak wielkich przeszkód drętwieję i nie jestem w stanie podjąć jakiejkolwiek decyzji. Przytrzymać czy pojechać? Nic ! Dlatego właśnie w jednej linii zamiast 3 fuli zrobiło mi się 2,5. Sojuz się zatrzymał (musiał bo inaczej by wpadł w jej środek) a ja z niego zeskoczyłam. Teoretycznie to zaliczało się jako upadek, ale przecież spadłam na równe nogi więc się nie liczy. Potem pojechałam jeszcze raz. Tym razem pojechałam tą samą linię przytrzymując Stefana i poszło ok. Nie był jakichś rewelacji, ale też nie było najgorzej. Niewątpliwie w ocenie na styl pewnie by mi się nazbierało…
W każdym razie boję się tych zawodów. Nie boję się, że sobie coś zrobię tylko, że przez moją głupotę Sojuz oberwie…



DODAJ KOMENTARZ?