Zmienny jak pogoda w kwietniu :P

Dzisiaj miałam trening z panią Ewą. Na szczęście w dzień było troszkę cieplej, dzięki czemu śniegu ubyło (ale i tak jest go sporo) i brama mogła nareszcie się ruszyć. Myślałam że będę jechać do stajni strasznie długo, a jednak droga była całkiem niezła, przez co jak miałam trening na 20.00 rozprężona (trzeba liczyć 20 min na rozgrzanie) czyli na 19.40, to byłam w stajni 5 po. Plus Zosia się spóźniła, tak więc kolejne 15 min więcej…

W każdym razie gdy już znalazłam się na hali miałam całe pół godziny na rozprężenie. Bałam się że Sojuzowi nie starczy siły na wyczerpujący trening z panią Ewą, ale się myliłam. Okazało się że przez te dwa dni Sojuz miał wręcz nadmiar energii. Doszło nawet do skakania przez cienie, przejeżdżających obok koni…

Gdy już przebrnęłam przez te pół godziny odpałów i przeszłam do pani Ewy, zajęłyśmy się przejściami na małych kółkach. Co prawda Smok był troszkę sztywny na prawą stronę, ale nie można mu się dziwić w końcu przez dwa dni chodził tylko w karuzeli. Pomimo tego wychodziły one całkiem dobrze, i wtedy Pani Ewa musiała połączyć i kazać zrobić dwie najgorsze rzeczy, mianowicie kłus ćwiczebny (Sojuz strasznie wybija) i łopatkę na dwie strony ( … po prostu nie lubię). Jak mus to mus, trzeba się przyłożyć, żeby nie powtarzać zbyt dużo. Co prawda Sojuz dostawał głupawki, miał zwidy jak zwykle przy drzwiach, ale z moją pomocą przebrnęliśmy przez to. Następnie przeszłyśmy do galopu. Pierwsze zagalopowanie skończyło się brykankiem, a za to przy następnym Smok wydał z siebie dźwięk podobny do krzyku staruszka z laską, któremu każe się biec maraton.

W każdym razie kiedy już się ogarnął zaczęłyśmy robić przejścia z galopu do stępa i na odwrót. Sojuz naprawdę bardzo ładnie się skracał w galopie, dzięki czemu przejścia były całkiem niezłe. Niestety pani Ewa po raz kolejny musiała utrudnić mi życie i kazała robić przejścia na kole tyle, że w kontr-galopie. W lewo, jak galopowałam na prawą nogę było spoko, ale w druga stronę zaczęły się schody. Nagle drzwi były straszne (każda wymówka jest dobra), przez co musiałyśmy zastosować metodę marchewkową: źle- zatrzymać i jeszcze raz, dobrze- pogłaskać i jeszcze raz. Zajęło nam to dłuższą chwilę, ale wytrwaliśmy. Następnie robiłyśmy dodania na ścianie (były całkiem niezłe), a potem skracanie i do stępa (też całkiem dobrze), i na koniec przejścia z kłusa do stój (też całkiem całkiem). Co prawda nie widziałam nóg ale wystarczało mi, że prawie od razu ładnie się rozluźniał i ganaszował.

Tak więc jazda była fajna, i nawet pani Ewa powiedziała że jest teraz o wiele krótszy niż kiedyś, dzięki czemu wygląda znacznie lepiej, a skoro Trenerka tak mówi to tak musi być :)

Komentarze

6

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.