Na bujanym koniu

Dzisiaj, pierwszy raz od ponad miesiąca siedziałam w siodle. Trening miał być na 16.30 więc musiałam pojechać na niego prosto ze szkoły przy pomocy Ani mamy. Okazało się, że jest trening ujeżdżeniowy z Panią Dorotką, która ma świętą cierpliwość, więc każdy przyjeżdżał na trening na inną godzinę. Ja spóźniłam się jakieś 20 min. ponieważ musiałam się przebrać w końskie rzeczy i wyczyścić Smoka, który był tak brudny że aż trzy razy czyściłam szczotkę.

Z powodu ucha które wciąż mnie trochę boli, jeździłam w kominiarce narciarskiej pod kaskiem.

Jak na moją pierwszą jazdę od miesiąca ta jazda nie była najgorsza. Strasznie dziwnie się siedziało na koniu, a co dopiero jak się ruszał. W galopie czułam się jak na bujanym koniu.  Co prawda, tak na przywitanie Sojuz obdarował mnie 100 kilogramami na każdą rękę, no ale chyba mu wybaczę, w końcu ciężko jest samemu nosić ten jego wielki łeb. Na szczęście już w ostatnich chwilach jazdy coś się stało i zaczął się wyginać i miałam o wiele mniej w rękach. I tym właśnie miłym akcentem postanowiłam zakończyć tę jazdę.

Gdy stępowałam jak zwykle ucięłam sobie krótką pogawędkę…

…a nawet dwie… :)

Jeśli chodzi o stajnię to czeka mnie wiele zaległej pracy. Paka wygląda w środku jak by nikt do niej nie zaglądał od miesiąca, jest zapylona, zakurzona i jest w niej bałagan. Muszę w niej posprzątać w najbliższym czasie, pewnie w weekend. Koń – od miesiąca porządnie nie wyczyszczony (dziś nie miałam na to czasu), ogon i grzywa skołtunione. Trzeba go umyć jak tylko będzie odpowiednio ciepło. Trzeba go też odrobaczyć i zaszczepić. Na szczęście dzięki systematycznej dwumiesięcznej pracy nad strzałkami Smoka (w tym Królika), są teraz znacznie lepsze. Kowal był w zeszłym tygodniu, więc kopytka są jak malowanie. No i wreszcie Smoczuś sobie przypomni jak smakują cukierki, bo nikt go w czasie mojej nieobecności nie rozpieszczał ;)

Poza tym w klubie kilka nowości. Np Ala jeździ teraz na Lagunie i Truskawce, kucu C. Przed moim wyjazdem jeszcze nie było Truskawki. Jak wyjeżdżałam jeździła na Maladze.

Pudzianek baaaardzo urósł i przytył, a jego mama wreszcie nie wygląda tak jak by miała umrzeć z głodu i miała parcha w sierści (takie łyse plamy). Po letnim dokarmianiu na trawce dostała pięknej długiej ciemnokasztanowej szaty. Nadal śmiesznie rży, ale jak się zbliżysz to chce Cię przez te kratki ugryźć. Pudzian z kolei robi podobnie, ale nie złośliwie, tylko dużo ludzi go tak nauczyło robić, bo przed moim wyjazdem nie miał jeszcze zębów (siekaczy) i tak śmiesznie gryzł palce dziąsłami. Teraz mu zęby pięknie wyrosły, ale może też odgryźć kawałek palca, bo już ma czym :)

Rozważane są też plany startowe na nadchodzący czas. Dziewczyny kucykowe mają teraz mnóstwo mistrzostw kuców i małych koni. Na dużym koniu, ważny byłby Puchar Polski w Baborówku w ostatni weekend września, ale…. mam w rodzinie wesele w tym czasie, więc na puchar nie pojadę. Powinnam pojechać za tydzień do Pieniek, ale nie wiem czy tak będzie. Najpewniejszy jest start w Kwiekach na Kaszubach w połowie Października. A potem sezon wkkw się kończy i trzeba wytrzymać do Marca 2013, żeby znowu startować.

Tymczasem jutro trening na 17.00. Zaczyna się dzień jak codzień :)

Komentarze

6

DODAJ KOMENTARZ?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.